środa, 7 listopada 2012

War of rain


Czy widzieliście kiedyś deszcz? Wiecie jak wygląda ściana?
A teraz połączcie jedno i drugie.

Żywioł zamienia się w wroga. Z daleka słychać jak maszeruje po niebie. Jak liczne jest jego wojsko? Hałas każe mi sądzić, że żołnierzy jest tysiące.
Wojsko zapowiada swoje przyjście światłem, które przecina horyzont. Ubrane na czarno, spokojnym ruchem zbliża się nad Lufubu. Wiatr toruje mu drogę - wygładza ziemię rozdmuchując piasek, stara się wyrwać drzewa.
Nagle wszystko umiera. Przez kilka sekund, czuje się jak w próżni.
Wojsko dotarło na miejsce.
Na początku burza zsyła najsłabszych. Małe kropelki deszczu roztrzaskują się o skórę. Unoszą w powietrze zapach ziemi i roślin. Czuję w nozdrzach zieleń trawy.
Burza widzi, że jej plan się udał. Zmyliła ludzi i rośliny, którzy cieszą się ze świeżej wody. Wszystkimi siłami spuszcza z chmur resztę wojska. Nie ma czasu na spadochrony, na spokojne szybowanie. Krople wody spadają z taką szybkością, jakby ktoś przywiązał im kamienie do nóg. Dźwięk spadającego na blaszany dach grochu, staje się jednolitym hukiem. Krople łączą się ze sobą tworząc lawinę deszczu.
Czuję się jakbym stała pod wodospadem. Znikają mi z oczy palmy, nie słyszę wrzeszczących dzieci. Wszystkie moje zmysły biorą udział w wojnie żywiołu.

Z szarości wyłania się Kapia. Trzylatek biegnie w moją stronę. Żołnierz podkłada mu nogę i chłopiec przewraca się na mokra glebę. Biegnę po niego i stawiam na nogi. Kapia nie daje się przytulić. Dziecko w Afryce płacze samo.
Pierwszy raz odkąd jestem w Zambii, czuję jak sztywny pas ściska moje serce. Bo Kapia ma trzy lata i bose stopy zanurzone w kałuży. Bo Johny wciąga ręce przez krótki rękawek bluzki i zakłada je sobie na piersi, żeby się ogrzać. Bo widzę jak burza robi z moich dzieci manekiny, których ubrania są tak ciężkie od wody, że przestają się ruszać. Stoją wciśnięte w siebie jak puzzle, żeby wytworzyć ciepło.

Wojsko triumfalnym krokiem opuszcza Lufubu. Uwolnione dzieci biegają wokół Oratorium. Kapia pozwala się przytulić – poczuł, że jestem cieplejsza od ściany.
Wojna zostawiła po sobie porozwalane gałęzie, zerwane dachy i poprzewracane płoty.
Gdybym weszła do domu z zamkniętym oczami, pomyślałabym, że wchodzę do rzeki. Oczy mam otwarte, więc widzę jezioro w kuchni i w pokojach.
Czas, odbudować zniszczenia.

poniedziałek, 5 listopada 2012

O Pomocy


Pomoc jest względna. Często dajemy się oszukać pomocy.
Bo kiedy pomagam, a kiedy już szkodzę?
Kiedy naprawdę chcę czyjegoś dobra, a kiedy zaspokajam własne sumienie?
Kiedy pomagam z serca, a kiedy na pokaz, żeby inni widzieli?
Kiedy robię coś bezinteresownie, a kiedy żeby otrzymać coś w zamian?.

Pomoc ma różne formy. Jest złożona jak łańcuch pokarmowy. Czasem nawet nie wiesz, że pomagasz.

Lufubu budzi się do życia. Maszeruję w stronę kurnika i słyszę z daleka: „Alo Ilona! How are you? Look! Maybin! – to Agnes machająca do mnie ręką z szybkością wycieraczki. Podchodzę żeby uścisnąć jej dłoń, a ona jednym ruchem odwiązuje swoją chitenge i wkłada mi w ramiona jeszcze śpiącego Maybina.
„Ilona! Dzień dobry! Jak się masz?” – mówi Judy. Nauczyła się polskiego pozdrowienia i teraz, co rano wita mnie w moim ojczystym języku.
„Ilona! How is your morning? – pyta George. Składa rącę jak do modlitwy i kłania się, jakby brał udział w zawodach szermierki.
„Goog Morcing chicken!!!” – krzyczę na widok setek kur biegnących w moja stronę. Patrzą na mnie jak na wielką, smaczną pasze. Dziobią mnie po stopach, wskakują na plecy, krzyczą do uszu. Łapię je za pióra jak gąbkę i wyrzucam daleko ze siebie. Jedno jajko, drugie jajko, siedemdziesiąte ósme jajko…czterysta sześćdziesiąt trzy z jednego kurnika.

Poranne zbiory trafiają do sklepu w Kazembe. Kupiec ze szwajcarską dokładnością ogląda każdą wytłaczankę. Liczy pieniądze, które wyglądają jakby je ktoś wyciągnął z kosza na śmieci. Z radia kołyszą się rytmy zambijskich hitów. Zniekształca je dźwięk, który każe mi sądzić, że w radio mieszka stado gryzoni, które pożera drewno.
A ta Białaska w rogu przecież nie będzie stać w tym czasie. Ona jest z Europy, a tam ludzi są wygodni.
Właściciel w pośpiechu podaje mi krzesło i otwiera butelkę mirindy. W Afryce nie pyta się kogoś, czy czegoś chcę np. Czy chce się napić. To zbędne. Tu każdy czegoś chce. Nauczona doświadczeniem pije powoli. Wiem, że jak skończę zbyt szybko, to Pan otworzy kolejną butelkę, a mi eksploduje żołądek.

Malujemy z Chrisim sale dla dzieciaków. Niedługo będą mogły przychodzić tu, żeby odrabiać lekcje, żeby się uczyć. Teraz dzieciaki też przychodzą. Nie żeby się uczyć, ale żeby malować z nami.
Pociąganie pędzlem o ścianę, staje się malowaniem skóry, żeby była biała.
Miotła do zamiatanie podłogi, staje się mikrofonem do śpiewania zambijskich piosenek.
Praca, która powinna przynieść zmęczenie staje się przyjemnością. Bardziej niż ściany dzieci malują uśmiech na naszych twarzach.

Z założenia misje kojarzą się z pomocą. Aby drugiemu człowiekowi żyło się lepiej. Tym drugim człowiekiem jestem JA. To dzięki Agnes, Judy, Georgowi, Panu ze sklepu, dzieciakom, żyje mi się w Afryce lepiej.
Oni wszyscy są u siebie. Mają swoje problemy, swoje sprawy, swoje radości i smutki. Mają tu swój dom. Pomagają mi żyć w ich domu.

Dawanie to nie zawsze pomaganie. Bo dawanie może stać się lekcją bezradności dla ucznia.
Nauczanie to nie zawsze pomaganie. Bo można uczyć źle, można frustrować się z niewidocznych efektów.
Pracowanie dla kogoś to nie zawsze pomaganie. Bo z tyłu głowy może rodzić się myśl, że jak ja będę czegoś potrzebował to zwrócę się z prośbą do tej osoby.

Wspaniałą formą pomocy jest szczera modlitwa.
To pomoc pokorna, bo nikt jej nie widzi, wie o niej tylko Bóg.
To pomoc bezinteresowna, bo osoba, za którą się modlimy nie wie o tym, więc nie stara się odwdzięczyć.
To pomoc właściwa. Bo Bóg wie, czego potrzeba najbardziej.
A dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

sobota, 3 listopada 2012

Pora deszczowa to...


- Johny, do you like a rainy season?
- Yes! Rain is good(u), full(u) food!

Pora sucha zmechaciła niebo. Zabrała mu błękit w zamian za kolor wypłowiały, który uzyskała za pomocą temperatury i dymu z pożarów.
Pora deszczowa budzi kolory. Codziennie oblewa je litrami wody, żeby wydobyć więcej zieleni z zielonego, więcej błękitu z błękitnego i więcej żółci z żółtego.

Pora deszczowa to sprint. Dystans jest krótki. Zaczyna się przy bramie, a kończy za drzwiami domu. Kilka metrów wystarczy, aby wyglądać jakby się wpadło do jeziora. W biegu biorą udział wszyscy. Długość sprintu zależy od miejsca, w którym poczuło się pierwszą krople deszczu. Szczęściarze na mecie zatrzymują się w suchym pomieszczeniu, który chroni dach z blachy. Reszta wbiega pod dach z trawy i moknie dalej.

Pora deszczowa to latające owady. Mrówki, które w zeszłym miesiącu, gryzły dzieci w stopy, w tym miesiącu są zjadane przez dzieci. Deszcz wyciąga z ich tułowia skrzydła. Miliony latających mrówko-szybowców unoszą się nad ziemią. Z daleka wyglądają jak spadający śnieg.

Pora deszczowa to przypływy i odpływy. To droga, która zamienia się w rzekę. To boisko, które zamienia się w jezioro. To drzewo, które zamienia się w wodospad. Woda pcha się do psiej budy i do grzęd w kurniku. Z każdej dziury zrobi kałużę, z każdego piasku błoto.

Pora deszczowa to muzyk. Chce żeby jego muzyka była głośniejsza od wszystkich innych dźwięków. Wyposaża krople wody w cymbałki i bębny. Deszcz gra na dachu kościoła i swoją pieśnią zagłusza księdza, mówi który kazanie. Gra na kamieniach i piasku. Dźwięki budują niewidzialne mury wokół ludzi, którzy krzyczą do siebie z daleka.

Pora deszczowa to dzieci, które skaczą po drzewach. Owoce od tygodni czekały na wodę, aby nabrać sił. Przyciągają jak magnes. Gałęzie łapią małe dłonie, kora klei się do stóp i pcha Murzyniątka ku górze. Dzieci poruszają się po drzewach jak węże – są giętki i zwinne. Kilka ruchów i w ręce młodszego rodzeństwa - które czeka pod drzewem, wpada mango, papaja, jackfruit, awokado.

Pora deszczowa zamyka przestrzeń wokół mnie. Czuję się jak mała myszka zamknięta w klatce deszczu, która ogranicza moje ruchy. Podsuwa mi pod nos perfumy, które pachną czerwoną ziemią i mokrą trawą. Pora deszczowa zmywa atrament, którym napisany był mój plan dnia. To ona dyktuje, kiedy zagram z dziećmi w netball, a kiedy rozdam im kredki. Budzi mnie w nocy, żebym mogła posłuchać jak gra i przykrywa kocem, który leżał w rogu łóżka od sierpnia.

Pora deszczowa to dyktator, którego kadencja trwa pół roku. Nikogo nie pyta się o zdanie, nie potrzebuje doradców i przedstawicieli. Pojawia się i znika, a ludzie dostosowują się do jego rytmu – poddani i posłuszni. 



środa, 31 października 2012

Siła w mango

To to nie jest tak, że zawsze mi się chce? I nie będę budzić się każdego dnia z nadmiarem energii? A jak śni mi się dom w Polsce i otworzę oczy to i tak nadal będę w Zambii? A mogę, chociaż dostać magiczną księgę z pomysłem na każdy dzień?

Żyje ze swoją myślą bardziej niż kiedykolwiek. Mam jej wiele do zarzucenia, wiele chciałabym w niej zmienić. Czuje jak staje się, co raz bardziej pewna siebie, pokazuje mi swoja prawdziwą postać. Co raz swobodniej odbija się we wnętrzu czaszki. Uwolniona od zegarka, za czas wybiera słońce. Porzuciła wiadomości, gazety, reklamy, seriale. Rodzi się z pragnienia, a nie z perswazji. Myśli nie krępują spojrzenia – ‘ale się ubrała’, ‘ale ma dziwną fryzurę’, ‘hipsterka’. Myśl się nie wstydzi, nikt nie patrzy. Idzie z fryzurą, której nie podpatrzyła w październikowym wydaniu glamour; w ciuchach, których nie wybrał za nią jesienny trend; z wykształceniem, które wybrał jej intelekt, a nie cudze oczekiwania.
Myśl dużo ode mnie wymaga.
A mi się czasem nie chce myśleć.
Idę i toczę walkę w głowie.
Panie Boże może tak byś mi pomógł pokonać samą siebie?

Dam Ci mango!

Szuram sandałem po betonowych schodach, popycham lewą ręką skrzypiące drzwi i wdycham poranne słońce zmieszane z wilgotną ziemią. Mrużę oczy. Nie z powodu słońca, które o tej porze krępuje świt. Oślepiają mnie zęby Feliksa. Dzieciak wygląda jak Michael Jackson z czasów młodości. „Ilona!” – krzyczy z takim entuzjazmem, że jest mi wstyd, że ja to właśnie ja. Zaczęłam dzień od słabości, a on się cieszy. Wkłada rękę do kieszeni spodni, na których więcej jest brudu niż materiału. Wyciąga zielono-żółty owoc i macha mi nim przed nosem. „For you!”.
Mango.
Mango smakuje jak sok pomarańczowy po godzinnym biegu, albo jak kostka czekolady po pikantnej pizzy. Przykleja się do ust, wchodzi między zęby, masuje język i włoskami czyści przełyk. Mango jest rzeźkie jak arbuz, słodkie jak pomarańcza i soczyste jak brzoskwinia.
Mango powala mnie i moją dręczącą myśl na czerwoną glebę.
Nie powala mnie smakiem, a intencją.

Pod koniec października w Zambii wszyscy wyczekują mango tak samo jak deszczu. Dzieci z pustymi brzuchami rzucają kamieniami w wysokie drzewa, by spadło na ziemię choć jedno, niedojrzałe.

Feliks przeciąga się po glinianej podłodze. Przez dach ze słomy przeciskają się pierwsze promienie słońca. Poranna toaleta trwa przez dwa przeciągnięcia rąk ku górze i jedno podrapanie się po głowie. Chłopak łapie w dłoń wiadro i idzie po wodę. Wyschnięte ziemia zdziera skórę z jego stóp. Drzewo wielkości domu ochładza go swym cieniem. Leżące wokół kory zielone owoce wielkości pięści, zasiewają ziarnko nadziei w jego głowie. Nadziei na choć jedno dojrzało mango, nadziei na śniadanie. Skarb leży tuż obok i mieni się swoją żółcią jak złoto.
Feliks idzie po wodę. Przy każdym kroku czuję, jak mango uciska go w udo. Śniadanie czeka w kieszenie na swoją kolej. Chłopak mija bramę farmy i słyszy skrzypienie drzwi – z domu wychodzi Muzungu-Ilona.

Feliks nie jadł śniadania. Nie jadł wieczorem pizzy, która nadal zalega mu w żołądku. Nie kupi sobie czekolady i nie zapcha się chipsami. Nie zje też mango, które zjadłby, gdyby głodu nie pokonała chęć ofiarowania.

Mango daje mi więcej energii, niż czarna kawa. Wytwarza więcej endorfin, niż tabliczka czekolady. Nie z powodu składników mineralnych w nim zawartych. Tylko z powodu, z jakiego do mnie trafiło.

niedziela, 28 października 2012

Awaria Malaria


Wchodzę do kaplicy. Przez okna wpada mrok, który przykrywa wnętrze. Klękam. „Nie, nie dam rady.” Kładę się na podłodze.

Światło latarki toruje jasną przestrzeń przed moimi oczami. Schylam się by zabrać mokre pranie z miski. Podnoszę się, aby powiesić je na lince. Myślę o każdym mięśniu, o każdym zgięciu stawu, myślami staram się wykonać ruch. Śmieje się z własnej bezsilności. Czuję jakby ktoś zamknął mnie w słoiku, którego pokrywka przyciska mi głowę. Boli mnie czaszka.

„Nie idę na kolacje, zamknij proszę drzwi” – mówię do Krzyśka, który nie do końca wie, o co chodzi. Układam na łóżku swoje ciało, które teraz waży o 80kg więcej. Po mojej skórze chodzą setki mrówek. Mają na sobie rozżarzone buty, którymi mnie parzą. Czuję jak przemieszczają się w kierunku głowy. Maja czaszka jest dla nich za mała, więc rozpychają się we wszystkie strony.

„Jak się czujesz Aniołku?” – ksiądz Gienek mówi do mnie „aniołku’. Ksiądz Gienek to twardziel z westernów z lat 90tych. Jeśli mówi „aniołku’ to znaczy, że się przejął.
- Źle. Nie mam siły i jest mi strasznie gorąco.
- Zmierz temperaturę – podaje mi termometr.
38 stopni.
- Leż. Przyjdę do Ciebie za 2 godziny.

Mrówki zmieniają rozżarzone obuwie na łyżwy i jeżdżą po mojej skórze, która stała się lodowiskiem. Okrywam się kocem, przez co przypominam kokon motyla. Ciało uniezależnia się od klimatu. Nie ważne, że w pokoju jest ponad 30stopni Celsjusza – marznę. W brzuchu zamiast organów, pracuję lodówka zainstalowana przez mrowisko. „Proszę, niech ktoś przestanie dokręcać tą pokrywkę od słoika, bo pęknie mi czaszka!”.


Leżę i śpię.
Moje nowe misyjne obowiązki. Do tej pory to najtrudniejsza rzecz, jaka mnie spotyka na misji. Leżenie i spanie zawsze były dla mnie jak wyrok za złe uczynki.
Mam tyle snów.
Biegnę polną ścieżką, zamkniętą w wysokich pasmach górskich. Z każdej strony nadbiegają dzieci. Nie są czarne, nie są białe. To latynoamerykanie, którzy śmieją się do mnie i biegną razem ze mną…..Puk, puk. Pięść księdza sprowadza mnie z Ameryki Południowej do łóżka w Lufubu.
- Pij więcej, bo przyniosę kija! – jak miło, że wrócił stary ksiądz Gienek.
- Nie mam kiedy pić, bo cały czas śpię – odpowiadam spod poduszki.

Leżę i śpię. Z dwojga złego wolę spać. Śnię.
Stoję przed czarną dziurą, którą otaczają równie czarne dzieci. Jedno z nich staje naprzeciwko mnie i spogląda w sam środek czarnej dziury. Zaraz skoczy. Zgina kolana i czeka. Nie mogę nic powiedzieć, nie mogę go powstrzymać. Patrzę w ciemną otchłań, z której zaczyna wydobywać się jasne światło, które teraz oświetla twarz dziecka. „Ilona Kaczmarek” – głośno i wyraźnie wypowiada murzynek. Zastępuje go inne dziecko. Dziura znowu jest czarna, dziecko znowu wygląda jakby miało skoczyć, znowu pojawia się światło, znowu słyszę swoje imię i nazwisko. I tak w kółko, kolejne dziecko i kolejne….Puk, puk. Puk, puk, puk. „
- Ilona! Ilona! – sprawczyniami hałasu są Florence i Joyce, które stoją pod moim oknem.
- Ilona! Come! (Ilona, chodź) – mówi Joyce, której angielski jest co raz lepszy.
- I’m sorry Joyce, but I can’t because I’m sick. (Przepraszam Joyce, ale nie mogę bo jestem chora)
- Ilona! You are sick, go to clinnick, take madicine!(Ilona jesteś chora, idź do kliniki, weź lekarstwa!) – jeszcze głośniej krzyczy dziewczynka.
- Joys I was today, I have madecine (Joyce byłam w klinice rano i mam lekarstwa)
- Ilona! You are very very sick. Ilona! I am coming, open the door! (Ilona, jesteś bardzo bardzo chora. Ilona nadchodzę, otwórz drzwi) – Joyce mówi to z taką stanowczością, że resztkami sił zaczynam się śmiać.
- Thank you Joyce, but I want to sleep. Go to Oratory. (Dziękuję Joyce, ale chcę spać, idź do Oratorium.)
- Ok Ilona. I’m going, but I am very very sorry! (Ok. Ilona, idę, ale bardzo, bardzo mi przykro.)
- Nalikutemła Joyce (Kocham Cię Joyce)
- Nalikutemła Ilona (Kocham Cię Ilona)

Leżę i śpię.
Przez okna mojego pokoju wlatują dźwięki muzyki, śpiewów, okrzyków. Dziś święto niepodległości w Zambii. Czuję się jak małe dziecko, które za karę musi siedzieć w domu, a tak bardzo chciałoby wybiec na dwór. Podchodzę do okna. Moje uszy łapią muzykę, a głowa odbija dźwięki bębnów. Gdyby nie dłonie przyklejone do ściany, pewnie upadłabym przy następnej nucie.

„Janek Bosko mówił, że jak w domu jest chory, to na ten dom spływa więcej Bożej łaski. Widocznie naszemu domowi potrzeba teraz dużo łaski.” – stwierdzenie księdza Gienka.
Salezjański charyzmat - aż chce się chorować. 

czwartek, 18 października 2012

Mansa - Lufubu


Przeciąg w oczach. Suche powietrze wlatuje przez otwarte okna autobusu. Plącze się w perułkach pań, śliska po spoconej skórze panów, wyciera dziecięce nosy i osusza moje przeterminowane soczewki.
Czym by tu przetrzeć oczy? Oglądam swoje dłonie, które przed chwilą strzepywały słomę i piasek z siedzenia. Patrzę na koszulkę, w którą wtulały się dzieci. Zostawiły na niej trochę kurzu, trochę smarków, trochę shimy.
Mogę zamknąć oczy i zasnąć. Przede mną trzy godziny jazdy. Mogę zamknąć oczy, ale nie mogę zasnąć. Autobus mną szturcha. Koła wpadają w dziurę, a moja głowa uderza w fotel. Koła zatrzymują się na przystanku, a okna oblepiają damskie dłonie. Prawa ręka puka, a lewa przyciska do szybę banany, wodę i ryby.
Nie mogę zasnąć, ale mogę zamknąć oczy.
Jestem w Mansie. Widzę Agatę grającą na gitarze. Śmieję się z Beti i jej afrykańskich dolegliwości. Przechadzam się po Shoprite, w którym czuje się jak w Tesco – dziesięciominutowy powrót do Europy. Biegam po szpitalu, żeby załatwić badanie wzroku - kasa na lewo, badanie na parterze, pieczątka na pierwszym piętrze, łazienka na dole.
Otwieram oczy.
- Muzungu! – wyrwało mi się na widok białej dziewczyny, która jedzie na rowerze.
Poruszenie w autobusie. Biała dziewczyna dziwi się na widok białej dziewczyny i jeszcze nazywa ją po afrykańsku – muzungu.
- Dziwisz się na widok białej dziewczyny? – pyta Pan z przodu, rozbawiony moją reakcją. -Jak się czujecie z tym, że wyglądacie inaczej?
- Normalnie. Jak w domu – mówi Krzysiek.
- Czasem wydaje mi się, że moja skóra jest czarna – odpowiadam.

Zamykam oczy. Nie mogę spać. Pan z przodu rozpoczyna przemowę. O tym jak to dobrze, że przyjechaliśmy do Afryki, jak to było w Zambii pięćdziesiąt lat temu, jak to wszystkim się wydaje, że biali to bogaci, o tym że…dziecko obok zaczyna wrzeszczeć. Nic nie słyszę, ale przytakuję głową.

Lufubu.
Ilona! Ilona, Ilonaaaaa!!! Iiiiloooooonaaa!!! Chriiissss! Chris, Chris! Ilona, Chris!!!!!
Maxwell zrywa plecak z moich ramion. Lucy próbuje zdjąć czapkę z głowy Chrisa. Agnes biegnie w naszą stronę i rzuca mi w ramiona swojego dwumiesięcznego synka. Adrian pokazuje mi swój rozcięty palec.
Lufubu.

poniedziałek, 15 października 2012

MINĘŁY DWA MIESIĄCE


Tak łatwo jest znaleźć się w Afryce, w Ameryce, w Azji. Jeszcze łatwiej przekracza się granice Europy. Kiedyś podróżowano miesiącami, a nawet latami. Każda komórkowym ciała, miała swoje pięć minut, aby odetchnąć innym powietrzem, wtopić się w nowy klimat. Dziś komórki unosi się osiem kilometrów nad ziemią i przerzuca je w samolocie z jednego świata w drugi.
Gdyby moje komórki miały serca, to dwa miesiące temu dostałyby zawału.
Potrzeba im było sześćdziesięciu dni, aby zrozumieć, że słońce świeci każdego dnia, że temperatura nie spada, a rośnie, że ludzie są czarni, że język, który słyszą to nie jest polski.

Tak łatwo przerzucamy ciała za granicę. Tak trudno zawieszamy, choć jedną myśl w mentalności tego, co za tą granicą spotykamy. Nie ma na to czasu. Nie chodzi o to, żeby poznać. Chodzi o to żeby być. W jak najkrótszym czasie, a jak największej liczbie miejsc.
Dziesięć stolic w miesiąc! Albo nie – dziesięć stolic w dziesięć dni. 

Byłem w Afryce – w Egipcie.
Znam dokładnie tamtejszy piasek. Leżałem na nim codziennie po pięć godzin, przez dziesięć dni. Pięćdziesiąt godzin leżenia nie poszło na marne. Wiedza wychodzi mi skórą – jest brązowa.
Poznałem też dokładnie jedną z dzielnic. Korzystałem z wszystkich jej atrakcji zamkniętych w prostokątnym murze. Moje dzielnica nosiła sześć gwiazdek. Egipcjanie? Widziałem ich z okna autobusu. Dobrze wyglądali w kadrze, gdy robiłem zdjęcie piramidom. Nie potrafię wymienić imienia żadnego faraona, ale zdjęcie jego grobu – piramidy, wisi nad moim łóżkiem.

Ludzie z dwunastu stron świata latają do innych krajów na wakacje. Ludzie o różnych charakterach i różnym doświadczeniu. W samolocie wszyscy są tacy sami. Chcą być. Czy chcą poznać?

Jeśli nie poznasz żadnego tubylca, nie wejdziesz do jego domu, nie zjesz na obiad tego co on, nie poczujesz jego rytmu dnia, nie przejedziesz się jego samochodem i nie spędzisz wieczoru w gronie jego znajomych, którzy mówią w swoim języku i którzy śmieją się ze swoich żartów, pozostanie Ci słońce, niebo i piasek, które są w każdym kraju, również w Twoim.

Aparat fotograficzny zbliża ludzi – na zdjęciu.
Nie chodzi o to, żeby docenić trud kobiety z Tajlandii, która dziesiątą godzinę zrywa liście herbaty. Chodzi o to, żeby jak najszczerzej się przy niej uśmiechnąć i potem powiesić zdjęcie nad łóżkiem. Obok piramidy. Bo byłem w Tajlandii. I w Egipcie.

Wakacje zmysłu wzroku.
Nos nie zwiedza, bo śmierdzi.
Słuch nie rozumie języka.
Dotyk brzydzi się skóry, bo czarna, bo brudna, bo nie wiadomo, co wcześniej dotykała.
Mowa kieruję się tylko w kierunku towarzysza podróży.

Minęły dwa miesiące.
Dwa miesiące temu przyglądałam się kobietom, które noszą pół swojego dobytku na głowach i zastanawiałam się jak dają sobie radę. Dziś po prostu je mijam.
Dwa miesiące temu zachwyciłam się, gdy zobaczyłam afrykańskie niebo obsypane gwiazdami. Dziś, gdy odmawiam nocny różaniec, często patrzę w ziemie.
Dwa miesiące temu, gdy zerwałam banana z drzewa, radość sprawiał mi każdy kęs. Dziś jem banany jak ziemniaki.

Dwa miesiące temu poznałam Maxwella i dziś nadal mnie rozbawia. Przytuliłam Sylwię i dziś dalej ją przytulam. Pierwszy raz zagrałam z Catherine i Moureen w netball i dziś, gdy je widzę, pytam czy zagramy. Nakrzyczałam na Johnego, że bije się z Florence i dziś dalej na niego krzyczę.

Pogoda zaczyna męczyć. Jedzenie smakuje tak samo. Palmy wtapiają się w krajobraz. Niebo zachwyca, ale jakby mniej. A Welsey biega po Oratorium ze swoim śnieżnym uśmiechem, a ja każdego dnia dziwie się, że on tak szybko wchodzi na drzewo. Zachwycam się, gdy chodzi na rękach. Cieszę się, gdy się do mnie przytula. Nie nudzi mnie opatrywanie mu po raz ósmy tej samej rany.

Poznać nowy kraj i się nim zachwycić? Najbardziej zachwycającym cudem, jaki stworzył Bóg jest człowiek. Człowiek tworzy miejsce, a miejsca tworzą ludzie.