czwartek, 18 kwietnia 2013

Zanzibar - Nungwi


NUNGWI

Piasek biały jak mąka. Woda która sięga mi do szyi, a nadal mogę zobaczyć swoje stopy. Lasy palm wysokich i chudych. Powietrze zmieszane ze słońcem, doprawione rybami, zakropione sokiem z pomarańczy

Nungwi to wioska na północy wyspy, którą zamieszkują rybacy, muzułmanie, handlarze i cała rzesza rastamanów. Piękno miejsca przyciągnęło nad wybrzeże hotele i restauracje, które oddzielają realia wioski od plaży.
Trafiliśmy na najlepszy czas dla naszych portfeli – martwy sezon. Po negocjacjach zamieszkaliśmy w domku z werandą, który w sezonie kosztuje 45$ a nas wynosi 11$ ze śniadaniem.

Moje spojrzenie i Krzyśka spotykają się na ułamek sekundy. Nie czekam. Rzucam torbą o podłogę i biegniemy w stronę oceanu. W rzeczach, w butach, z wrzaskiem zanurzamy się w lazurze o temperaturze powietrza. Radość chwili uderza do głowy.
Nungwi na plaży


Nungwi na wiosce

OCEAN

Ocean od morza różni się tym, że wiem, że to ocean.
Stoję utopiona w piasku o kolorze pereł i patrzę w dal. Pierwsza myśl ‘ciekawe ile ludzi spoczywa na dnie?” Myśl może mało optymistyczna, ale oddaje tajemniczość ogromnej wody.
Ocean jak dobry ojciec osłania cały wewnętrzny świat, który żyje pod jego płaszczem. Jego dzieci to kraby, delfiny, rafa koralowa i setki innych stworzeń, których życie uzależnione jest od wody.
Ocean żywi mieszkańców Zanzibaru. Podczas odpływu odsłania przed nimi swoje skarby i tworzy całe menu owoców morza.
Ocean hipnotyzuje za pomocą szumu fal, które kręcą się wokół uszu. Czuję się przy nim mała i bezbronna. Tajemniczość wielkiej wody uzależnia jak narkotyk, czuję jak moje ciało zastyga jak posąg i chłonie tajemniczość chwili. Nie potrafię oderwać się od patrzenia w bezkres, którego nie sposób odkryć ludzkimi zdolnościami.
Boże daj mi męża, który będzie jak Ocean.




ERIC

Eric to klasyczny rastaman, jakich tutaj pełno. Dredy grubości palców, żółto – czerwono - zielone dodatki. Buja się w swoim sklepie z pamiątkami przy dźwiękach reggae, które wprawiają pomieszczenie w rytm falowania oceanu. Jego dom to pomieszczenie nad sklepem, w którym trzy kroki wystarczą, aby przejść od jednej ściany do drugiej. Obowiązkowo hamak, gitara i…krzyż nad łóżkiem! Na Zanzibarze w 99% muzułmańskim, spotykamy katolika rastamana, który oferuje nam wspólną podróż do Kościoła - jedynego na wyspie. Dodatkowo cieszy się jak dziecko, że się spotkaliśmy, bo jak sam twierdzi turystów pełno, ale nikt specjalnie religijny. Anioł Stróż?

Odmawiamy wspólnie różaniec nad oceanem. Słońce zaszło cztery godziny temu, a ja nadal widzę swoje stopy w wodzie, która sięga mi do uda. Zdrowaś Maryjo w języku swahili, bawi mnie do tego stopnia, że uśmiecham się podczas całej dziesiątki. A może to nie język, tylko te gwiazdy, które tu świecą na zielono? Albo małe kraby przecinające linię brzegu? Albo woda cieplejsza niż powietrze? A może po prostu wszystko na raz?

Nic tak nie utrwala wspomnień i osób jak muzyka. Nic tak nie pasuje to rastamanów jak Bob Marley. Siedzimy na pustej plaży. Odpływ zabrał wodę daleko od miejsca, w którym jesteśmy. Eric przyniósł gitarę, dosiedli się inni - czarni fani reggae, śpiewamy moją ulubioną piosenkę Marley’a  „Redemption Song” :

Old pirates, yes, they rob I
Sold I to the merchant ships,
Minutes after they took I
From the bottomless pit.
But my hand was made strong
By the 'and of the Almighty.
We forward in this generation
Triumphantly.
Won't you help to sing
This songs of freedom
'Cause all I ever have:
Redemption songs

Nie należę specjalnie do gatunku osób, który tęsknią. Ale gdy słyszę słowa piosenki, tak często śpiewanej przez Piotra Ruciaka, na wszystkich wspólnych imprezach z moją szamotulsko-poznańską ekipą, to przez oczy jak klatki filmowe przelatują mi wspomnienia. I trudno mi uwierzyć ile czasu już upłynęło, jak bardzo wszyscy się zmieniliśmy. Muzyka przeplata się przez dni, lata i ludzi. Dziś kolejne nuty piosenki, ryją w mojej głowie trwałe wspomnienie nocy, gdy nad oceanem, słucham o odkupieniu (ang. Redemption) i dziękuje Bogu za życie. 

Z Ericiem na statku
ŻANETA I RAFAŁ

Naprzeciwko naszego domku, który topi się w gęstwinie liści i palm, znajdują się inne domki. Jeden z nich to przejściowy dom Rafała i Żanety. Małżeństwo Polskę opuściło cztery lata temu. Od tego czasu ich domem była Azja, wyspy Australii, Ameryka Południowa i Środkowa. Do przyjazdu na Zanzibar namówił ich bilet z Meksyku na wyspę za 800zł.
Rafał i Żaneta należą do gatunku „chcieć do móc”. To ludzie, którzy nie wiedzą gdzie dokładnie jest ich miejsce, ale najwidoczniej jest nim cały ziemia. Przywiązują się do świata i jego mieszkańców, ale nie do miejsca i człowieka. Tym sposobem zmieniają pobyt, co pięć dni, a znajomym staje się każdy napotkany na drodze. Dziś nasze ścieżki skrzyżowały się w Nungwi i przez cztery dni kroczymy tym samym torem. Ich opowieści przybliżają mi odległy świat, tęsknotę za tym, czego nigdy nie widziałam, a przede wszystkim Boga jako architekta, ogrodnika i cudotwórcę.

KINGA

Późna noc, albo wczesny ranek.
Nadziewam stopy w muszle i kamienie. Idę do domu, marzę o chwili snu i słyszę głośne
„Nie ma butów!” Śmiejemy się z Agatą. Jak zabawnie brzmi polskie zdaniem w ustach rastamanów - polskiego nie używa jeden, ale wielu. Ich nauczycielka to Kinga, która prowadzi w Nungwi restauracje. Osiem miesięcy temu sprzedała w Polsce wszystko co miała, spakowała się i przyleciała na Zanzibar rozpocząć nowe życie. Wybudowała dom, postawiła restauracje, ściągnęła swoją 17letnią córkę i zwyczajnie rozpoczęła nowy rozdział w życiu. Dlaczego? Bo tak chciała. Bo czemu nie. Bo jest szalona. A teraz śpi na plaży, przyjaźni się z miejscowymi ludźmi, wkłada całą energię w pracę i zaprasza turystów do swojego domu. Gdy nas poznała to najpierw spytała czy napijemy się wódki, potem wyzwała nas że nie chcemy i od razu zaproponowała darmowy nocleg u niej w domu. Jej propozycje nie czekają na odpowiedź. Zawaliliśmy więc jej dom naszymi bagażami i jak na miejscowych przystało, spaliśmy na plaży ze śniadaniem w jej restauracji o 3.00 w nocy.

Mama Maryja w restauracji Kingi


RAFA KORALOWA

Bartek Ciok z Ugandy dojeżdża do nas 3ego dnia wieczorem. Rzucamy mu się z Agatą na szyję mokre od oceanu, spocone od gry w siatkówkę i umorusane piaskiem. Bartek w 15minut poznaje wszystko i wszystkich. To dobry czas, biorąc pod uwagę, że jutro cały dzień spędzamy na oceanie by poznać rafę koralową.

Osiem miesięcy w Afryce zrobiło swoje. Spóźniamy się ponad godzinę na statek. Nasze nowe znajomości z miejscowymi łagodzą sprawę – wszyscy czekają i nikt nie ma o nic pretensji.

Pierwsze wrażenie z rafy koralowej to niepozorna Agata Stankiewicz, która wynurza się po chwilowym zanurzeniu, zdejmuje maskę z twarzy i krzyczy całą piersią „Jakie to jest super!” Okulary na nosie, rurka w ustach, z dolnych kończyn wyrastają płetwy. Skok do wody to skok w inną przestrzeń. Staje się częścią innego świata, którego czas zdaje się być spowolniony i harmonijny. Rafa to kolorowe góry – jedne pokute jak jerze, inne pofałdowane jak mózgi. To wspólny rytm minerałów, glonów, ryb, meduz. Być przez chwilę częścią podwodnego świata to jedna z lepszych rzeczy, jakich przyszło mi doświadczyć.


zdjęcie nie oddające rzeczywistego piekna rafy

Po czterech dniach zalanych oceanem, zapitych mleczkiem kokosowym i przejedzonych ośmiornicami ładujemy się do dala dala – miejscowego transportu i ruszamy na południe.

Nie mogłabym być podróżnikiem na dużą skalę. Jestem zbyt kochliwa. To uczucie zawrotu głowy, gdy ciężko nabrać mi powietrze do płuc, gdy uśmiech cały czas rozciąga mi skórę na policzkach. Co chwila z moich ust wydobywa się okrzyk podniecenia i wiruje mi w głowie z radości. Nie ważne ile razy wchodzę do oceanu, ile razy patrzę na palmy, ile razy podziwiam wielkość baobabu, cały czas czuję, że zakochuję się od nowa. Zwykła chmura poprawia mi nastrój. Mleczko kokosowe, które pije z orzecha działa na mnie jak alkohol. Gdybym cały czas miała żyć w stanie ciągłego podniecenia światem, prędzej czy później trafiłabym w wariatkowie.

piątek, 5 kwietnia 2013

Hakuna Matata


Czemu moje oczy tak działają?
Widzą tylko skrajności i kontrasty. Tylko na nich potrafią się skupić, kodować, zapisywać…
I widzę:
Amerykanina w koszuli w kratę, która czyta gazetę, przed kobietą, która siedzi na ziemi. Ledwo dostrzegam jej twarz spod sterty chust, które ją otaczają. Jej gazety służą jako mata.
Widzę śmieci leżące przed marmurowymi schodami banku.
Pani w małej czarnej, wbija szpilki w chodnik i mija nastolatka włóczącego się na boso bez celu.
Stary hindus czyści buty w połamanym tanku po wodzie, przed sklepem Sony gdzie w plazmach tańczą czarne piękności.

Dar Es Salam ma dwie warstwy.
Dolna to budki z jedzeniem, które przyrządza się na dworze, na kupach węgla. To biznesmeni, którzy spieszą się ze swoimi teczkami, handlarze ze stanowiskami pełnymi kiczu po jednej i piękna po drugiej stronie. To całe wojska spacerujących arabów, murzynów, hindusów, chińczyków i białych turystów.
Mięta ustąpiła spalinom i zgnitym rybom, które wypychają tlen z powietrze.
Górna warstwa miasta to piętrzące się hotele o szybach, które odbijają słońce. W Dar drzewa nie rosną na ziemi, tylko na tarasach hoteli. Palmy zdają się być przyklejone do białego tynku.

Gdybym była fotografem zrobiłabym cały album o skrajnościach w Afryce. Moje oko cyka fotki, co trzy kroki. Nie jestem fotografem, nie mam nawet aparatu, dlatego koduję wszystko w głowie.

Podążamy za naszym czarnym towarzyszem, który doczepił się gdzieś na ulicy. My oferujemy, że kupimy bilet na prom u niego, a on szuka dla nas kantorów z najlepszą ceną.
Świat jest mały, a brat naszego guidera mieszka w Polsce ze swoją nową białą rodziną.
Proponuje mi wycieczkę na Kilimandżaro
- Chętnie ale nie wiem czy starczy mi pieniędzy nawet na tą wycieczkę – odpowiadam.
- Hukana Matata my friend!
- Po za tym nie mam aż tyle czasu, muszę wracać do Zambii
- Aaaaa, next time! Hukana Matata!

Hakuna Matata, mamy szylingi, bilety na prom, słońce święci, głaskałam kraba, pot z nas ścieka, idziemy na statek na Zanzibar,

Przez Tanzanię


Tanzania wita zapachem mięty. Szybkość pociągu pozawala mi wychylać się za okno do pasa w górę. Opieram ręce o ramę, zamykam oczy, unoszę nos ku górze i czuję jak mięta zmieszana z trawą wypełnia mi nozdrza.
Słońce nadaje kolory górą, które zamykają małe tanzanijskie miasta. Nad nimi chmury pulchnią się jakby były z drożdży.
Mijamy pola kukurydzy, sady bananowe, trzciny cukrowe, pasące się krowy i dzieci. Dzieci dla których przejeżdżający pociąg to rozrywka. Które krzyczą, machają rękoma i przebierają szybko bosymi nogami, żeby nas dogonić.

Drugi dzień w pociągu.
Dziękuję Ci mięto, że tak zawzięcie pchasz się do pociągu. Dziękuję że zabijasz smród ludzi, którzy trzydziestą godzinę gniją w pociągu.

42 godzina.
Moje oczy nie są w stanie odbierać piękna, które widzę za oknem. Szkoda że kolory nie myją…

43 godzina.
Machają do mnie murzyni wyjęci z magazynu National Geografic. Dwaj mężczyźni przepasani chustami, których nosy przebija zwierzęca kość, a popiersia zdobią krwawe malowidła.

43 godzina i 20 minut.
Jedziemy przez most. Wzdłuż rzeki biegnie stado małp. Jest super!

44 godzina.
Stado antylop pasie się wspólnie ze stadem bawołów. Czuję jakbym znowu miała 6 lat i z zapartym tchem oglądała w kinie Króla Lwa.

44 godzina i 30 minut.
Stado słoni! Zaczynam śpiewać pieśni wielbiące wspaniałość Boga, który to wszystko stworzył.

44 godzina i 45 minut.
ŻYRAFY!!! Jestem spełnionym człowiekiem.

50 godzina.
Dar Es Salaam.
W powietrzu ilość mięty przewyższa miarą ilość dwutlenku węgla. Palm jest dwa razy więcej niż domów. Małe wysypiska śmieci, przecinają drogi, zarastają trawy, udeptują ludzie. Ulice są czystsze od pasażerów wysiadających z pociągu.






czwartek, 4 kwietnia 2013

Siostra Radość


-  Ilona why you are shouting all the time?? – pyta mnie piętnastolenia Regina.
Chyba moj poziom cierpliwości sięga dna.
Czas na wakacje
Wyrwałam się z Lufubu dzięki Fatherowi Czesterowi, który jechał do Mansy.
Z Mansy do Kabwe zabrał mnie Father Michael. Po wielkanocnych uniesieniach, czas było dostać się do Kapri Mposhi, złapać pociąg do Tanzanii. Akurat jechał tam prowincjał Hindus.
Tym sposobem przemierzyłam 900km gratis.
Jednak największe szczęście widzę teraz. Pośród miejscowego brudu i kurzu, które zaklejają oczy, widzę białą postać
- Siostra Angelika ?? Siostra Angelika!! – krzyczę, aż czuję ucisk w gardle. Jest to o tyle dziwne, że nigdy wcześniej jej nie spotkałam. Słyszałam tylko o siostrze wariatce z Kapri, która dokonuje cudów na swojej placówce, a wszystko przypisuje pozytywnemu myśleniu.
Biegniemy z Anką w jej stronę.
- Aaaa! To wy jesteście te dziewczyny, które jadą dziś do Tanzanii? Wsiadajcie do auta, pokarze Wam naszą placówkę.
Siostra Angelika z Polski przyjechała do Zambii 15 lat temu, a od 13 jest w Kapri Mposhi. Jest jedną z tych osób, której oczy zdają się być szersze z nadmiaru energii. Spotkałam w życiu wiele osób, które lubię za sam fakt tego, że są. Siostra Angelika dziś zajęła miejsce w pierwszej dziesiątce moich ulubionych ziemskich postaci.

„Gdy przyjechałam do Kapri zastałam tu mały sypiący się dom dla sióstr i maleńkie przedszkole, które mieściło 50 dzieci. Dziś mamy przedszkole, primary school, secondary school – łącznie ok. 1700 uczniów. W historii szkoły nie było jeszcze ucznia, który by nie zdał egzaminów. To jedna z najlepszych szkół w Zambii. Z resztą same zobaczycie.” Opowiada siostra.
Droga z centrum na placówkę, zajmuje nam jakieś 7 minut. Tyle też zajmuje siostrze podniesienie mojego poziomu radości do maksimum.

- Siostra ukradła to miejsce z Baśni Andersena ? – pytam, gdy widzę to co widzę.
Z muru, który oplata placówkę witają nas wizerunki świętych i aniołów – cała śmietanka kolorowa i uśmiechnięta. Gdy przekraczamy bramę wjazdową, czuję się jakbym trafiła do innej czasoprzestrzeni. Każdy budynek, ściana czy płot to cała paleta barw. Dostaję oczopląsu, gdy staję przed morskim przedszkolem, całym ozdobionym kolorowymi kołami. Wokół pełno kwiatów, kwiateczków, drzew, drzewek, krzaków i krzaczków, których kwiaty mieszają się pomiędzy żółto-czerwono-filetowymi płotami. Dom sióstr leży w centrum. Nie jest ogrodzony żadnym murem, tak jak na każdej innej placówce. Otacza go drewniany, niski plot w kolorach tęczy. Mam wrażenie jakbym była w wesołym miasteczku. Ceglaste płytki prowadzą mnie do drzwi w kolorze trawy, które otaczają mury obmalowane różami, koniczynami i tulipanami. Nigdy w życiu nie czułam się przytłoczona przez kolory. Teraz atakują mnie z każdej kolory.
- Sama wszystko namalowałam. Gdy tu przyjechałam było tak szaro, że chciało mi się płakać. A przecież nie żyjemy po to żeby się smucić, no nie? – wypływają słowa siostry, z pomiędzy zębów ułożonych w uśmiech. – chodźcie do środka.
Przekraczam próg domu. Gdyby nie fakt, że czuję się naćpana od radości, powiedziałabym że dom jest kiczowaty. Teraz jednak te wszystki obrazki na ścianach, cytaty z pisma świętego, aniołki, kwiatki, afrykańskie ozdoby i zasłonki, zdają się tworzyć harmonijny ład szalonego świata siostry Angeliki.
Oglądam zdjęcia sprzed 10 lat. Zdjęcia szarej ziemi, pierwszych murów, wykopanych dołów. Zdjęcia które krzyczą do mnie z albumu – „Zobacz co można zrobić, jeśli się wierzy i jest się wytrwałym”. Szarość zdjęć od czasu do czasu zakłóca biała postać siostry z pędzlem w ręku, siostry, która zwozi żwir, siostry która biega z łopatą.
- Jak zaczęłam budować pierwszą szkołę, to miałam pieniądze tylko na wykopanie dołów. Sama zwoziłam żwir i szukałam pracowników. Wszyscy mówili że jestem szalona, no bo jak chce budować bez pieniędzy. Odpowiadałam im, że tu nie chodzi o to, żeby starczyło mi pieniędzy. Tu chodzi o to żeby starczyło mi radości.

Kolejna podróż samochodem. Dołączyli Agata z Krzyśkiem, jedziemy kupić bilety na pociąg. 20 minutowa podróż autem zamienia się w rekolekcje. Siostra prowadzi częste spotkania dla zakonników, dla sióstr, dla młodzieży, w którym jak sama twierdzi – nie mówi o niczym o czym nie wiemy, ale o wszystkim o czym zapominamy.
-          HAPPY JOURNEY, HAPPR END!/ szczęśliwa podróż, szczęśliwy koniec.
To co utkwiło mi najbardziej:
Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo. A kim jest Bóg? Radością i miłością! Bóg jest prosty. On nie chce naszego smutku, nie po to dał nam życie. Po co wszystko komplikujemy, po co szukamy radości w pieniądzach, w sukcesie? Przecież Bóg dał nam już wszystko. Życie jest tylko krótką podróżą przed niebem.
Jesteś tym, co mówisz, tym co myślisz, tym co czujesz.
Jeśli mówisz, że zawsze masz pecha, to będziesz go mieć. Jeśli mówisz że życie jest trudne i okrutne to takie będzie! Jak ze zła ma wyrosnąć dobro? Skoro siejesz wokół siebie nasiona smutku i rozpaczy i to nie wyrośnie z nich radość. Zmień myślenie! Skąd mamy czerpać wskazówki jak żyć? Z Biblii! W Biblii słowo RADOŚĆ zapisane jest ponad 800 razy!
Oceniamy ludzi, krytykujemy ich bez przerwy. Robimy to tak często, że zapominamy żeby cieszyć się ich obecnością. Gdy mówimy źle o ludziach, to sami w sobie zasiewamy zazdrość, gniew i smutek.
Nie zawsze wszystko mi się udaje. Byłam w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, szukałam sponsorów. Nie znalazłam żadnego. Ale otrzymałam bogactwo cenniejsze, niż pieniądze.. Ja dbam tylko o modlitwę i radość. Pieniądze same się znajdują, zsyła je Bóg.
Słucham i czuje się pijana od jej słów. Czuję jakby siostra wyciągała zdania, gdzieś z głębi mnie. Jakby jej wykład pobudzał jakieś ospałe synapsy w moim mózgu i wprawiał serce w inne drgania.
I tu wcale nie chodzi o to, że ona pięknie mówi. I nie o to, że niektóry jej zdania zdają się być wyjęte z kalendarzy z morałami.
Tu chodzi o to, że to ona naprawdę żyje tym co mówi. Że dzięki temu dokonuje cudów. Chodzi o to, że dwie godziny z nią spędzone, są terapią radości.
- Siostro ja tu jeszcze wrócę! – mówię na pożegnanie.

sobota, 30 marca 2013

Wielka Noc


Światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnia


Kabwe – 800km od Lufubu. Najweselsza noc w życiu katolika.
Biorę udział w jednej z lepszych imprez, na jakich przyszło mi być.
Nie jeden pijany wujek na weselu, nie bawi się tak dobrze jak Zambijczyk w kościele w noc Zmartwychwstania.
Nie jeden kibic nie wiwatuje, gdy jego drużyna strzeli gola, tak głośno jak Zambijczyk na wieść o tym, że Jezus powstał z martwych.
Dlatego ministranci na ołtarzu, odbijają się od siebie w tańcu jak piłki ping-pongowe.
Dziewczyny pod ścianą przekrzykują jedna drugą, a chłopacy przed nimi konkurują we freestyle’u.
Sznur dorosłych tańczy po kościele w stylu naszego polskiego ‘jedzie pociąg z daleka’.
Czujesz jak to wszystko uderza Cię głęboko w sercu, promieniuje na usta i wykrzywia je w uśmiechu. Chce Ci się krzyczeć, bo radość pulsuje Ci w głowie.
Radość.
Bo to nie jest zwykła noc.
To Wielka Noc. Po Afrykańsku.


piątek, 29 marca 2013

Wielki Piątek



STACJA 1. Bądź w życiu kimś sławnym! Jezus skazany na śmierć.


STACJA 2. Rób wszystko, żeby być szczęśliwym! Jezus bierze krzyż na swe ramiona.


STACJA 3. Nigdy się nie poddawaj! Pierwszy upadek Jezusa.


STACJA 4. Rodzina jest najważniejsza! Jezus spotyka swą matkę.


STACJA 5. Nie przyznawaj się do swoich słabości! Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Jezusowi


STACJA 6. Bądź niezależny i indywidualny! Święta Weronika ociera Twarz Jezusa.


STACJA 7. Zdobądź wyższe wykształcenie i dobrze płatną pracę! Jezus upada pod krzyżem po raz drugi.


STACJA 8. Myśl o sobie! Każdy niech troszczy się o własne problemy! Jezus pociesza płaczące niewiasty.


STACJA 9. Dla chcącego, nic trudnego! Trzeci upadek Jezusa.


STACJA 10. Podążaj za trendem mody, miej swój własny styl! Jezus z szat obnażony.


STACJA 11. Wszyscy mają Cię lubić i podziwiać! Jezus przybity do krzyża.


STACJA 12. Żyj chwilą! Jezus umiera na krzyżu.


STACJA 13. Umiesz liczyć, licz na siebie! Jezus zostaje zdjęty z krzyża.


STACJA 14. Zostaw po sobie duży majątek dla swoich dzieci i wnuków! Jezus złożony do grobu.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu? Wykształcenie? Dobra praca? Rodzina? Zdrowie? Uroda? Niezależność? Sława?
Jesteś chrześcijaninem?
To spójrz na Jezusa.
Co widzisz?
Największego przegranego w dziejach. Nauczał, uzdrawiał, wskrzeszał zmarłych, chodził po wodzie. I na co mu to było? Teraz zdradzony, opluty i zakrwawiony umiera na krzyżu. Odnosi totalną porażkę.
To widzą ludzkie oczy. Zaślepione przez świat, który karmi go ‘swoją’ wizją idealnego życia.

A co widzi Bóg?
Jeśli ktoś Cię zdradził, wyparł się Ciebie, ośmieszył Cię, poniżył. Jeśli dotknęła Cię wielka niesprawiedliwość, przyjaciele odwrócili się plecami, jeśli znowu odniosłeś porażkę.
To jesteś jak Jezus.
Wielka jest Twoja nagroda w niebie.

czwartek, 28 marca 2013

Wielki Czwartek


Wielki Czwartek, komunia.
Klękam, a moje oczy po raz pierwszy od bardzo dawna, nie zamykają się w modlitwie. Chcę patrzeć na kościół wypełniony ludźmi. Wokół mnie klęczą i siedzą Zambijczycy o innej kulturze, mentalności, zwyczajach. Zupełnie ich nie znam. Patrzę jak ustawiają się w kolejce, żeby przyjąć komunię świętą, jak śpiewają na całe gardło, jak klęczą na podłodze. Patrzę jak razem tworzymy Kościół. Razem, niezależnie od pochodzenia, języka i koloru skóry.

Kocham Kościół.
Kocham za Janka Bosko, kocham za Jana Pawła II, kocham za Matkę Teresę.
Kocham Kościół, bo to kościół świętych i grzeszników, alkoholików i abstynentów, nimfomanek i dziewic.
To Kościół Polski, Zambii, Peru, Ugandy, Wenezueli.
To Kościół babć z moherowymi beretami, to Kościół dzieci płaczących podczas kazania, to Kościół murzynów tańczących pod ołtarzem, to Kościół żebraków, którzy zbierają na tace w wejściu.
Ten kościół to ja, Ty, Oni. Ten Kościół przyjmuje Nas z całym naszym bagażem cnót i grzechów. I nikt nie stoi przy wejściu, żeby selekcjonować ludzi „ Ty nie wejdziesz, bo zdradzasz żonę, a ona wejdzie, bo wrzuca na tace, ale Ty już nie, bo kradniesz”.
Kocham kościół, bo nie udaje, że jest bez wad i nie zgrywa idealnego. Nie czuję się w nim gorsza, czy lepsza, bo ja błądzę i Kościół błądzi, bo ja grzeszę i Kościół grzeszy.

Kościół jest jak człowiek. Kościół troszczy się i kocha. Rozwodzi się i odchodzi do innych. Przechodzi rewolucje i czasy pokoju. Demoralizuje i nawraca.
Gdyby Kościół nie był jak człowiek, to czy człowiek mógłby wejść z nim w relacje?
Gdyby Kościół nie był jak człowiek, to czy można byłoby go nienawidzić, albo kochać?
Kościół jest jak człowiek z wszystkimi jego sukcesami i porażkami.
Kocham Kościół.